Ze swoistą fascynacja sięgnęłam po „Social media to ściema”. Tytuł obiecywał rozprawienie się z popularnymi mitami, które pojawiły się przy okazji banki mydlanej związanej z mediami społecznościowymi: szybkim sukcesem, niskimi nakładami pieniężnymi i tym, że każdy powinien mieć „funpag”.
Przynajmniej takie były moje nadzieje. Zostały zawiedzione na całej linii. Po raz pierwszy, i mam nadzieje ostatni, czytałam książkę, która powodowała, że co kilka stron wykrzykiwałam brzydkie wyrazy. To była istna katorga pod każdym względem: treści, formy i układu.
Lekturę zaczynamy od bardzo osobistego wyznania. Autor wraca pamięcią do czasów liceum, gdzie był prawdziwa ofiarą – czyli w wersji amerykańskiej należał do tych niepopularnych, z którymi nikt się nie koleguje. Sytuacja trochę się zmienia, kiedy BJ tworzy z kumplem stronę internetową… Yup, brzmi prawie jak Zukcerber… Na której umieszcza nagrania swojego głosu, gdzie krytykuje wszystkich dookoła. Sława tak daje mu się we znaki, że jego popularność ciągnie się przez studia, aż zostaje dziennikarzem. Social mediami zajmuje się w sumie przez przypadek, bo jak sam przyznaje: nie ma o tym pojęcia, ale stosuje stary psychologiczny trik, „ludzie wnoszą na spotkanie swoje doświadczenia i łączą je z proponowaną przez Ciebie ideą”.
Niestety to dopiero początek książki – potem jest już tylko gorzej. Dowiadujemy się, że social media to ściema ponieważ za wszystkim stoją korporacje (a Ty nie masz takich budżetów), media (tylko one gwarantują sukces, pisze dziennikarz), przydaje się jeszcze SEO („media społecznościowe to ściema, natomiast optymalizacja pod kątem wyszukiwarek to nie ściema”), bo trzeba kierować ludzi na naszą www.
Dowiedziałam się, że działając w mediach społecznościowych nie mogę w sumie znać się na tym co robię, bo to psuje ściemnianie.
Support authors and subscribe to content
This is premium stuff. Subscribe to read the entire article.
Zapisz się za 10 zł!
Otrzymaj dostęp do WSZYSTKICH artykułów na blogu na miesiącTo ponad 600 publikacji!
















